Co powinieneś wiedzieć o Apex Legends?




Co powinieneś wiedzieć o Apex Legends?

Opublikowano 4 tygodnie temu -


Nie wiem, jaki jest aktualny status postrzegania Apex Legends i czy to nie obciach przyznawać się do wejścia w klimat tego battle royale, ale tygodnia regularnie rozgrywamy z partnerem w ten tytuł kilka partyjek dziennie. To o tyle ciekawe, że zwykle nie grywam w multiplayerowe FPS-y (tak, bo jestem za słaba).

Czym przekonało mnie do siebie Apex Legends? Przede wszystkim niskim progiem wejścia. Rozgrywka jest naprawdę nieskomplikowana, partie są krótkie, a mimo to pozwalają szybko rozeznać się w zasadach gry. Specyficzny rodzaj rozgrywki umożliwia zabawę nawet tym, którzy na co dzień w podobne tytuły nie grają, więc nie mają doświadczenia.

Na czym apex w ogóle polega?

Zasad battle royale nie trzeba zapewne nikomu przedstawiać, ale na wszelki wypadek zacznę od początku. Gracz ma do wyboru jedną z sześciu postaci-legend (tak naprawdę to jedną z ośmiu albo i większej, bo dwie można odblokować z czasem lub zwyczajnie za to płacąc, a po ich odblokowaniu pojawia się informacja, że już wkrótce dostępnych będzie więcej bohaterów). Każda postać posiada unikalne cechy i umiejętności specjalne (jak możliwość wysłania leczącego drona, wygenerowania ochronnej tarczy czy przeskanowania okolicy w poszukiwaniu wrogów). Po wybraniu swojego awatara użytkownik trafia do 3-osobowego zespołu i wraz z kilkudziesięcioma innymi zespołami zostaje desantowany na wyspę. Na początku każdy jest goły jak święty turecki, więc rozgrywka zawsze zaczyna się od gorączkowych poszukiwań sprzętu — broni, naboi, osłon etc. — porozrzucanego w różnych zakamarkach wirtualnych przestrzeni.

Zasadniczym celem gracza jest przetrwanie. Utrudniają mu to nie tylko inni uczestnicy zabawy, ale również zawężające się pole gry. W zależności od tego, jak długo przetrwamy oraz ilu (i jakich) przeciwników pokonamy, otrzymujemy odpowiednio wysoką liczbę punktów potrzebnych do awansu na kolejny poziom. Awans ten jednak nie przekłada się w żaden sposób na nasze umiejętności, ewentualnie na podziw kolejnych growych partnerów. Daje nam jedynie grosze wirtualnej waluty oraz losowe skórki broni czy strojów postaci. Największą radość przynosi tytuł czempiona, który uzyskuje się, gdy jako ostatni (my lub nasza drużyna) pozostaniemy na placu boju, chociaż równie fajnie jest takiego czempiona zgładzić, co jest dodatkowo punktowane — w każdej rozgrywce otrzymujemy informację o składzie naszej ekipy oraz obecnych w grze czempionach (ludziach, którzy wygrali poprzedni mecz), co pozwala bawić się w polowanie.

Historia?

Prostota Apex widoczna jest nawet w kwestii fabularnej. Twórcy postawili na logiczną, nieprzesadzoną motywację dla całej zabawy — turniej śmiałków. Rozgrywane na śmierć i życie mecze mają w sobie coś z Igrzysk Śmierci, tylko tutaj bohaterowie robią to z własnej woli — dla sławy i chwały.

Za darmo? A co z mikropłatnościami?

Jeżeli obawiacie się, że darmowość Apex to tylko sprawa pozorna oto jestem, by Was uspokoić. Wirtualne pieniądze można wymienić na: dwie z zablokowanych postaci oraz skórki. Ani wcześniejsze płatne odblokowanie bohaterów, ani wykupienie wszystkich skórek nie daje żadnej przewagi w grze. No, chyba że po prostu okaże się, że któraś z początkowo zablokowanych postaci wyjątkowo Wam leży. Teoretycznie jednak wszystkie są podobnie i właściwie zbalansowane. Ja, nawet po odblokowaniu Caustica, wciąż rozgrywam część partii Gibraltarem.

Estetyka i wiarygodność

Apex to gra, której stylistykę należałoby uplasować gdzieś pomiędzy Fortnite PUBG. Utrzymana jest w komiksowej, lekkiej estetyce, ale nie tak infantylnej, jak gra od Epic. Z drugiej strony brakuje jej też jakiejś wybitnej szorstkości, chociaż jest bardziej poważna od Overwatcha. Twórcy ewidentnie nie celowali w odwzorowanie rzeczywistości. Każdy, kto grał w Titanfalla, od razu złapie rodzaj klimatu.

Żeby pokonać przeciwnika, trzeba się trochę nastrzelać. Początkowo może to być nieco frustrujące, zwłaszcza gdy nie rozumiemy zasad obrony i wydaje nam się, że tracimy życie szybciej od przeciwników, ale z czasem zaczyna się rzecz doceniać. Sporym mankamentem jest dla mnie za to kwestia samego uzbrajania się. Broni jest całkiem sporo, ale ich możliwości trzeba poznać metodą prób i błędów — nie ma żadnych jasnych statystyk czy opisów sugerujacych, że właśnie trafiło się na sprzęt stulecia (chyba że w przypadku legendarnego, złotego wyposażenia). Nie ma oczywiście w grze, bo w sieci można już znaleźć odpowiednie opisy.

Ile trwa partia?

Najkrótsza gra, jaką rozegrałam, nie przekroczyła minuty. Najdłuższa zajęła około pół godziny. Zwykle udaje mi się przetrwać jakieś 10 minut. Czyni to w moim odczuciu Apex wyjątkowo przyjaznym zabieganemu stylowi życia. Gorzej, że łatwiej tutaj o chorobę „jeszcze jednej tury”.

Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego

To, co w Apex jest najlepsze, to stawianie na współpracę. Ułatwiona komunikacja głowa, prosty system wskazywania kierunków, przedmiotów czy zagrożeń sprawiają, że po prostu chce się tworzyć ekipę, zamiast zgrywać Rambo. Ma to również ogromny wpływ na taktykę — zwykle, gdy napotkamy jednego gracza i go unicestwimy, możemy spodziewać się zagrożeń ze strony jego kompanów. Sęk w tym, że oni wiedzą już gdzie i jak zginął ich towarzysz. Mają więc szansę na zaskoczenie nas i wykończenie.

Ważnym elementem jest także opcja odradzania towarzyszy. W Apex umiera się właściwie trzy razy — najpierw, gdy zostajemy powaleni (obserwujemy jeszcze świat dokoła i czołgamy się, mamy możliwość oznaczania wrogów, ale to wszystko), potem gdy zamieniamy się pudło przedmiotów, a nasza ekipa ma niedługą czasowo szansę zgarnąć nasz sztandar i zanieść go do punktu ożywiania (wracamy wtedy bez wyposażenia, co na późniejszych etapach gry jest bardzo trudne, a poza tym powroty są mało subtelne i zwykle przyciągają uwagę najbardziej zacietrzewionych wrogów) i ostatecznie, gdy nikt naszego sztandaru nie podniesie i patrzymy jedynie na grę pozostałych graczy.

Co dalej?

Mam nadzieję, że w następnej kolejności po poprawieniu stabilności gry (jest już lepiej, ale początki na PS4 były trudne do zniesienia), twórcy wzbogacą tryby rozgrywki. Wypady trójkami są super, ale równie fajnie byłoby spróbować swoich sił w pojedynkę, w duetach, czy w większych grupach. Nie pogardziłabym również opcją dołączania do wspólnej gry w celach rywalizacji albo nowymi mapami (wyspy w okolicach aż proszą się o realny ożywienie!).

Jeszcze nie jest za późno

Tak jak nie jest za późno napisanie o Apex po dwóch tygodniach od premiery, tak nie jest za późno, by spróbować swoich sił w samej rozgrywce. Oczywiście można już natrafić na mistrzów z niesamowitymi statystykami, ale większość z nich da się nadgonić (z drugiej strony i tak chodzi o zabawę, więc nie ma potrzeby gonienia kogokolwiek). Warto zacząć wdrażać się w ten świat już teraz, by móc śledzić, jak gra będzie się zmieniała. Wiecie, taki Fortnite dziś, a Fortnite z okolic premiery to tak naprawdę dwa różne tytuły, ale kto nie był z nim od początku, ten już nigdy rzeczy na własnej skórze nie doświadczy.