"Artifact" - dla wielu graczy to wciąż jedna wielka niewiadoma




"Artifact" - dla wielu graczy to wciąż jedna wielka niewiadoma

Opublikowano 9.12.2018 20:59 -


Gdy w 2017 roku firma Valve zapowiedziała grę karcianą „Artifact”, szczerze się zdziwiłem. Myślałem, że korporacja Gabe Newell skoncentruje się wyłącznie rozwoju Steama. Ewentualnie gry „DOTA 2” i nic więcej już nie będzie. „Artifact” wziął wszystkich z zaskoczenia. Dla wielu graczy to wciąż jedna wielka niewiadoma i produkt, którego nikt nie chciał.

Jak zapewne się domyślacie, moja żyłka eksperymentatora nie pozwoliła mi przejść obojętnie obok „Artifact”. Moje romanse z cyfrowymi karciankami są dość krótkie. Na dłużej zostałem przy „Card Monster”. Wcześniej próbowałem sił w produkcji Blizzarda, czyli słynnym „Hearthstone”. Jednak nie poczułem tam żadnej magii. Moje zainteresowanie szybko wygasło. Za młodu kolekcjonowałem karty „Magic: The Gathering”. Lubiłem grać z kolegami, tworzyć różnego rodzaju zestawy (zwane deckami) i dyskutować o nowych dodatkach. Zostawiłem tam bardzo dużo pieniędzy, ale spędziłem też mnóstwo godzin na wspaniałym zabawie. Skończyłem studia, stwierdziłem, że nie mam z kim grać i pozbyłem się kart. Teraz żałuję, bo cyfrowe karcianki cały czas mnie rozczarowują.

Jak będzie z „Artifact”? Nie wiem. Rozegrałem dopiero kilka starć, na liczniku  3 godziny. Trochę mi zeszło na czytaniu opisów kart i próbie ułożenia pierwszego decka. Coś tam mi się udało, ale efekty okazały się opłakane. Na 5 starć przegrałem wszystkie. Dlatego znowu składam zestaw i uczę się mechaniki gry. A ta jest bardzo, bardzo ciekawa. „Artifact” łączy w sobie losowość talii ze strategicznym myśleniem. Najważniejsi są bohaterowie, bez nich nie można używać żadnych kart. Ani czarów, ani stronników. Kluczowe jest zarządzanie kolorami. Karta musi mieć ten sam odcień, co heros na planszy. Trzeba tak kombinować, żeby na ręce zawsze było coś do wykorzystania. W ciągu 3 godzin gry zrozumiałem, że wcale nie jest to łatwe.

Na chwilę obecną gra jest mocno krytykowana za model monetyzacji. W „Artifact” nie można zdobywać kart za samo granie. Produkcja nie jest dystrybuowana w modelu F2P, a paczki można kupić lub zdobyć w trybach, w których trzeba zużywać specjalne bilety. A te nie są darmowe. Można je nabyć w zestawach po 5, kosztują 10 dolarów. Cena paczki z kartami to 2 dolary. Jak ktoś chce uzupełnić kolekcję, może skorzystać z rynku na Steamie. Tylko że znowu trzeba płacić, kart nie ma za darmo. Dla mnie ten model nie jest specjalnie dziwny, znam go z „Magic: The Gathering”. Brak konieczności grindowania uważam za plus, ale w dalszym ciągu nie jestem przekonany co do cyfrowych gier kolekcjonerskich.

Problem polega na tym, że moja talia jest tylko układem danych, w każdej chwili może dojść do znacznych modyfikacji w sile poszczególnych bohaterów. Wtedy zestaw, który budowałem wokół określonego bohatera, stanie się bezużyteczny, a ja stracę pieniądze.

W przypadku fizycznych kart nie ma możliwości ich zmiany, ewentualnie można je wykluczyć z danego turnieju, ale nie zmienia to ich właściwości. Poza tym cyfrowa kolekcja znika wraz z grą. Gdy „Artifact” wyparuje, to wszystkie talie również odejdą w niebyt. Resztki kart „Magic: The Gathering” mogę sprzedać w każdej chwili, nawet jeżeli ta gra przestanie być sprzedawana. W przypadku „Artifact” nic nie posiadam, tylko wynajmuję dane do Valve.

Właśnie dlatego podchodzę do tej gry z dużą rezerwą. Podoba mi się to, że zaraz po premierze ogłoszono turnieje organizowane w formacie dla biedaków, czyli tak zwanym „pauper”. Talia każdej osoby, która bierze udział w rozgrywkach, może składać się wyłącznie z kart podstawowych oraz zwykłych. Żadnych niezwykłych lub rzadkich, czyli tych mających największą siłę w grze. Zapisałem się do takiego turnieju i chętnie spróbuję swoich sił.

Moim zdaniem jest za wcześnie, aby jednoznacznie ocenić grę. Na pewno warto ją obserwować. Być może w przyszłości ten model monetyzacji zostanie złagodzony? Wątpię, aby pojawiła się możliwość darmowego zdobywania kart. Liczę na to, że pojawią się bezpłatne metody zdobywania biletów do walk rankingowych. Co prawda da się je tworzyć ze zbędnych kart, trzeba spalić 20 sztuk, ale to w dalszym ciągu wymaga nakładów finansowych. Ja na pewno będę grał dalej, bo „Artifact” ma swój wyjątkowy urok, jednak nie jestem w stanie tej gry polecić. Przynajmniej w obecnych stanie.