Apple Arcade i Google Stadia – Sony i Microsoft mają się czego bać!




Apple Arcade i Google Stadia – Sony i Microsoft mają się czego bać!

Opublikowano 2 miesiące temu -


Google i Apple swoimi nowymi usługami ewidentnie chcą ukraść kawałek tortu takim gigantom, jak Microsoft czy Sony. I jeśli spełnią swoje obietnice, moim zdaniem może im się to udać.

Nie jestem hardkorowym graczem. Kocham gry, ale czasy, gdy mogłem się poświęcić nieograniczonemu siedzeniu przed konsolą mam już dawno za sobą. Zatem dużą zaletą jest dla mnie opcja grania mobilnie i zdalnie.  Na dodatek w rozgrywce cenię sobie przede wszystkim klimat i dobrą fabułę – elementy, których nie znajdę w dzisiejszych hitach jak „Fortnite” czy „Apex Legends”. Reprezentowana przeze mnie grupa docelowa, choć stać nas na gry, musi jednak zawsze coś poświęcić, aby w nie zagrać. Czy to czas spędzany w domu, czy też jakość (dojrzałość, głębię) ogrywanych produkcji.

Dojrzali gracze zacierają ręce

Mam wrażenie, że właśnie w takie osoby „celują” Apple i Google ze swoimi nowymi usługami dla graczy. Wystarczy spojrzeć na podstawowe założenia Google Stadia: dostępność na każdym urządzeniu (smartfon, tablet, Smart TV, komputer), stały dostęp do biblioteki tytułów w ramach abonamentu (jak podejrzewam), zapisywanie stanu gry w chmurze i szybkie kontynuowanie je np. na telewizorze. Na dodatek chmurowa infrastruktura dla twórców gier, która w teorii pozwala na wręcz nieograniczone możliwości techniczne, a więc ogromne, bogate światy i niezliczone questy. Tytuł pokroju „Skyrim” czy „Wiedźmina”, w który mogę grać na smartfonie w tramwaju, tablecie w pociągu czy na kilogramowym laptopie w ramach krótkiej przerwy od pracy? Nawet nie marzyłem o takiej wygodzie. I byłbym w stanie za nią zapłacić co najmniej tyle, co za miesiąc Netfliksa.

Apple Arcade - nowa usługa gamingowa od Apple

Świetną propozycją dla graczy szukających dojrzałej rozrywki zdaje się też być zapowiedziana podczas ostatniej konferencji Apple usługa Arcade. Podobnie jak w przypadku Google Stadia dostaliśmy obietnicę grania na dowolnym urządzeniu — oczywiście w obrębie ekosystemu firmy — w tym przypadku: Apple TV, iPhone, iPad, Mac i to zarówno online, jak i offline. Ważniejsze jest jednak to, że dzięki abonamentowi dostaniemy gwarancję braku mikropłatności, reklam i śledzenia (chyba że udzielimy takiego pozwolenia).

W Apple Arcade jest dla mnie jeszcze jedna bardzo ważna rzecz – zaangażowanie firmy. To oczywiście na razie tylko zapowiedzi, ale duże wrażenie zrobiło na mnie to, jak Apple wspiera i dobiera deweloperów tworzących gry na ich platformę. Pokazane dotychczas produkcje to tytuły dość nieszablonowe, więc bez Arcade prawdopodobnie w ogóle nie ujrzałyby światła dziennego. Ale tym właśnie mnie zauroczyli – wyjątkowym, artystycznym podejściem do gier, którego próżno szukać gdziekolwiek indziej.

Jest to więc sytuacja win-win-win. Zyskuje oczywiście Apple, ale też i twórca, który dostaje ogromne wsparcie i potężną platformę z potencjalnie kilkuset milionami graczy. A jeśli produkcja będzie wartościowa, to gracze oczywiście również na tym zyskają i będą chcieli dalej płacić abonament.

Google Stadia wielką niewiadomą

Oczywiście w ostatecznym rozrachunku wszystko będzie zależeć od jakości gier w bibliotekach Google Stadia i Apple Arcade. I, choć jestem pod ogromnym wrażeniem wizji chmurowej rozrywki Google, to większy sukces wróżę jednak producentowi iPhone’ów. W przypadku Stadia jest zbyt dużo niewiadomych – nie wiemy, jaki będzie model dystrybucji gier, co będzie dostępne w katalogu i, przede wszystkim, czy z usługi będzie można w ogóle wygodnie korzystać. Idea gry w chmurze znana jest już przecież od lat i do tej pory nikomu nie udało się jej dobrze zrealizować. A tu przecież mamy jeszcze obietnicę grania na smartfonie, co przy zróżnicowanym pokryciu dostępu do LTE będzie nie lada wyzwaniem.

Pod tym kątem zdecydowanie lepiej widzę Apple Arcade. Po pierwsze – gry zawsze będzie można pobrać. Nie masz dostępu do Internetu? Żaden problem, ściągnij kilka pozycji w domu i graj, gdzie chcesz. Po drugie – mamy już całkiem sporo zapowiedzi konkretnych tytułów i to na wyłączność, co zawsze uatrakcyjnia ofertę. Gracze czekają już na faktyczne gry, a nie na technologię. Jedyną niewiadomą pozostaje tylko tak naprawdę cena usługi.

Xbox i PlayStation to już przeszłość?

Usługi gamingowe Google i Apple łączy podstawowe założenie – obie firmy chcą, żebyśmy na dobre rzucili w kąt nasze dotychczasowe sprzęty do grania. I o ile pecety oraz Nintendo Switch nadal będą miały rzesze fanów (pierwsi potrzebują niezawodności, drudzy od dawna grają już mobilnie), tak Microsoft i Sony moim zdaniem mają się czego bać.

PlayStation i Xbox już dawno nie są typowymi konsolami do gier, czyli zupełnie inną jakością niż komputery. W ostatnich latach jeszcze bardziej przejęły charakterystykę PC, stając się komputerowymi centrami rozrywki w naszych domach. No właśnie – w domach. Nintendo, laptopy gamingowe, tablety, iPhone, nawet samo Sony i ich Vita pokazały, jak duży potencjał drzemie w graniu bez względu na miejsce. „Duże” konsole do niedawna broniły się mocą obliczeniową i grami na wyłączność, które dostępne były tylko stacjonarnie. Ale teraz to wszystko będzie znikać.

Duże tytuły, możliwość gry na wielu urządzeniach, nawet bez potrzeby ich ściągania – tego Xbox i PlayStation nie mają. I jeśli plan Google i Apple się powiedzie, to konsole dzisiejszych gamingowych gigantów przestaną być już tak atrakcyjne dla sporej grupy graczy. Ciekawe jak zareagują na te ogłoszenia Microsoft i Sony.